17.5 C
Warka
poniedziałek, 26 września, 2022
Więcej
    Strona głównaSportBieganie„Zwycięstwem jest każda meta...”

    „Zwycięstwem jest każda meta…”

    Była kawa, słodka przekąska, zdjęcia, autografy, barwne naklejki z biegów, wystawa niebywałych światowych trofeów, licytacja koszulki z ostatniego wyczynu na rzecz chorego sportowca Sebastiana (fundacja Dzielmy się Uśmiechem imienia Krystiana Popieli), mnóstwo barwnych opowieści z pokonywania niewyobrażalnych wyzwań… Ale przede wszystkim ogromna doza wiedzy i refleksji na temat naszych biegowych celów, pasji, życia…

    Biegali jak opętani!!!

    Zaczął biegać, bo zauroczył go widok ludzi, którzy dobiegają do mety, choćby nawet mieli na niej leżeć głową do ziemi… Choćby zbierało im się na torsje, choćby krzyczeli z bólu…

    To było dopiero, gdy skończył 36 lat, a więc dziewięć lat temu. Miał wtedy kilka kilogramów nadwagi oraz nałóg palenia, z którym nie mógł się rozstać od 16 lat. Wiek już niemłody, ale za to niespożytych sił – aż kipiało!

    Tak jak każdy z nas, zaczął od pokonywania sławetnej „dyszki” – dystans minimalny, bo uzyskać  jako taką wytrzymałość i wyszlifować tempo. Z uśmiechem wspomina chwile, gdy na zawodach wymijali go starsi ludzie, nawet panie około siedemdziesiątki, a on musiał im schodzić z drogi. Pierwszy jego oficjalny wynik w biegu na 10 km to 55 minut…

    Szybko wziął się jednak w garść i zaczął niezłomnie ćwiczyć. Bieganie codzienne po 10, 15 km… Aż w końcu po około 5 miesiącach swoich biegowych doświadczeń – z siłą topora zapadła decyzja o maratonie. To niesłychane, jak odważnie podejmował się od początku tych najbardziej niebezpiecznych wyzwań!

    Pierwsze podejście do maratonu – i cud dostąpienia mety!

    – Pierwszy maraton był dla mnie totalnym dramatem – wspomina dziś ultramaratończyk. – Przebiegłem go z czasem 4 godziny 20 minut i przeszedłem podczas niego wszystkie etapy piekła. Były kryzysy i „ściany”, była okrutna niemoc i ból… I wtedy, po jego ukończeniu, myślałem, że jestem bohaterem, że nie ma już dłuższego, możliwego dystansu do przebiegnięcia…

    Widocznie jednak ów dramat zmotywował go tylko do dalszej, kompletnie nieprzebierającej w środkach walki i sięgania tam, gdzie tylko nieliczni mogą przetrwać.

    Dużo można by opowiadać o biegowych przygodach i niesamowitych wyzwaniach Pawła Żuka. Część swojej genialnej historii opowiedział nam sam podczas spotkania w Warce 11 grudnia.

    Dowiedzieliśmy się, jak trenuje i żyje na co dzień rekordzista świata na wielu różnorakich najdłuższych dystansach. Jak znosi niewygody kilkuset lub kilku tysięcy kilometrów trasy, jak radzi sobie z buntem własnego organizmu, jak morderczo i wiernie współpracuje z nim drużyna, która mu podczas tych biegów pomaga i za nim wiernie podąża… I w końcu, jak wyglądają realia takich zawodów od strony organizacyjnej, jakie dodatkowe aspekty takich eskapad trzeba mieć o wiele wcześniej dopracowane, jak wyglądają całe „doby”, nie dni! – tytanicznego wysiłku, praktycznie bez snu, bez spokojnie spożytego posiłku, bez regeneracji…

    Na „ultra” – podium jest tylko przy okazji

    Takie bieganie to nie jest już wyścig czy adrenalina, by stanąć na podium – ocenia Paweł. – To są godziny walki z samym sobą, ciągłe przypominanie sobie, po co się to robi i modlitwa, aby po prostu dostąpić mety…

    Na ogół jak biegniemy dłuższy dystans, na przykład sztampowy maraton, wyznaczamy sobie etapy, godziny, odstępy czasu do pokonania, by stopniowo, nieugięcie i z nadzieją, że „już niedługo!” – konsekwentnie biec „od punktu do punktu”. Tutaj, podczas kilku-, kilkunastu- czy w końcu kilkudziesięciu dni i nocy w ciągłym ruchu (z półgodzinnymi przerwami na sen, bo uporczywy ból nie pozwala na więcej), kompletnie brakuje tych impulsów.

    – Meta jest wciąż tak daleko, że lepiej o niej nie myśleć – tłumaczy Paweł Żuk.

    Wtedy jedynym pocieszeniem są punkty żywieniowe ustawione co 5-6 km na trasie. To jest jedyny moment, gdy można skorzystać z pomocy serwisu, gdy drużyna pędem może opatrzyć biegaczowi rany, gdy można szybko się przebrać w suche ciuchy, przemyć twarz… I tylko to trzyma przy siłach podczas tej niekończącej się nawet w nocy tułaczki.

    Czy czuliście kiedyś wdzięczność za to, że możecie napić się parę łyków ciepłego rosołu, herbaty, że możecie łyknąć naprędce rozdrobnione części kotleta z kurczaka, że właśnie podano wam kubeczek z kawą albo coca-colą, że możecie zwyczajnie zmienić skarpety i buty? Ale to wszystko pod warunkiem, że zaraz ruszycie w dalszą eskapadę i że nie skończy się ona wraz z zajściem słońca zasłużonym snem…

    O czym myślał Paweł Żuk, przekraczając linię mety po koszmarnym podwójnym Spartathlonie – 490 km!? Nie, nie o tym, że jest na podium jako drugi Polak… Oprócz totalnego wycieńczenia, był szczęśliwy, że po prostu żyje…I dopiął swego! Że wykonał postawione sobie zadanie. Kolejne, przez więcej niż połowę z biegnących śmiałków – nieosiągalne. Bo zwycięstwem jest tu po prostu meta.

    By poznać siebie…

    To był wyjątkowy, niezwykle owocny dla nas wieczór. Spotkanie z człowiekiem, który już za życia stał się legendą, a zaczął zwyczajnie, tak jak my… I na pewno nieustannie przypomina, że bieganie na tak długich, wydawać by się mogło – nieosiągalnych dystansach, to nie mrzonka szalonego nastolatka, ani też sama moc nieprzebrana – nóg… ”Asfaltowy chłopak” ma marzenia, pasję, odwagę i wiedzę – daleką od ogólnych teorii uczonych pism.

    Wiedzę o tym, że by biegać, naprawdę nie wystarczy tylko – biec. Niezbędna jest znajomość siebie, pokora i nieustannie otwarty umysł na doświadczenia innych.  I kto przybył na spotkanie – potwierdził taki właśnie biegania sens.

    Paweł Żuk – ultramaratończyk z Radomia, ma 46 lat, biega lat 9, pracuje zawodowo, przebiegł do tej pory 165 oficjalnych maratonów i 64 biegi ultra. Rekordzista świata w biegu 10-dobowym na bieżni mechanicznej, rekordzista świata w biegu na 1000 mil (1600 km), zdobywca II miejsca na świecie i rekordzista Polski w biegu na 5000 km w Atenach (taki dystans pokonał w 49 dni i 6 godzin), zdobywca III miejsca wśród mężczyzn, którzy w listopadzie 2021 roku pokonali podwójny Spartathlon (490 km Ateny – Sparta – Ateny, 81 godzin 37 minut 35 sekund). Rekordzista Polski: w biegu 6-dobowym, w biegu 10-dobowym, w biegu na 1000 km, w biegu na 1000 mil, w biegu 24-godzinnym na bieżni mechanicznej, w biegu na 100 mil na bieżni mechanicznej. Sam organizuje Mistrzostwa Polski w biegu 6-godzinnym, bieg 48-godzinny na bieżni mechanicznej w Zabrzu oraz Dwumaraton Pawła Żuka Biegam na Tarchominie. Biega od 500 do 600 km w miesiącu, dwadzieścia oficjalnych maratonów w ciągu roku, w tym dwa pokonywane w bardzo szybkim tempie (poniżej 3 godzin) oraz w ramach treningów („koleżeńsko”) co najmniej jeden maraton na dwa tygodnie…

    Chcesz wiedzieć więcej? Na ile są „nieosiągalne” (!!!), jak się do nich przygotowuje i czy się powiodą kolejne jego niebywałe wyzwania? Mamy nadzieję, że niebawem znów spotkamy się z Pawłem Żukiem w Warce! A może wspólny trening…?

    Avatar photo
    Redakcja Warka24.pl
    Naszą redakcję tworzą mieszkańcy Warki, instytucje oraz organizacje. Jeśli interesujesz się naszym miastem, lubisz pisać artykuły, śledzisz na bieżąco wyniki sportowe bądź uczestniczysz w kulturalnym życiu miasta to zapraszamy Cię do współpracy z portalem. Dołącz do naszego grona!

    NAJNOWSZE

    NAJPOPULARNIEJSZE