Spróbuj mu podskoczyć! Jan Sitnik rocznik 1946

Spróbuj mu podskoczyć! Jan Sitnik rocznik 1946

Nie będzie to opowieść o tym jakie spektakularne sukcesy odnosił nasz bohater i jakie rekordowe wyniki osiągał. Na to by je opisać można byłoby poświęcić spory rozdział w książce. Musicie zatem uwierzyć celnej puencie Jurka Napiórkowskiego, którego sylwetka wcześniej opisywana była na łamach „Kuriera wareckiego”: „jego medalami i trofeami można zapełnić całą taczkę”. Janek Sitnik, rocznik 1946, chłopak urodzony na ziemiach zachodnich, dokładnie w Mirostowicach w powiecie żarskim, dokąd po wojnie wyjechali jego rodzice w poszukiwaniu lepszego życia. Po kilku latach wrócili jednak na ojcowiznę w Dębnowoli, gdzie zaczyna się właśnie ta historia.

Jak to na wsi, dużo pracy wokół gospodarstwa, ciągle w ruchu, zawsze jakaś robota do wykonania, a w wolnej chwili rower. Janek był szczęśliwym posiadaczem niezłego jak na owe czasy sprzętu, który kupił mu ojciec, aby mógł dojeżdżać do szkoły. Janek z uśmiechem opowiada historię, kiedy odpoczywając gdzieś w Konarach, był tak zafascynowany błyskiem szprych w swojej niemieckiej maszynie, że nie zauważył kiedy włożył w nie palce… Pamiątkę ma do dziś… Słynna jest także jego wyprawa przez Mazury nad Morze Bałtyckie, gdzie dziennie robili najpierw w trójkę, potem już we dwóch po 150-180 km dziennie wioząc ze sobą cały ekwipunek na rowerach, które raczej technologią odbiegały od tego co można dzisiaj zauważyć na trasach. Jak wielki sentyment ma do roweru niech zaświadczy fakt, że w bieżącym sezonie postanowił rozejrzeć się za rowerem bardziej wygodnym w jego wieku niż typowa kolarzówka – Janek ma 75 lat.

Wracając do lat młodzieńczych… Szkoła i praca w domu sprawiały, że rozwijał swoją tężyznę fizyczną przy pracach gospodarskich. Nie wiedział jeszcze wtedy o swoim sportowym talencie. Pierwsze wspomnienia Janka związane z rywalizacją sportową to jakieś biegi przełajowe, być może w Lesznowoli, po których został zauważony przez kolegę z którym później starali się trenować. Również w wyścigu rowerowym na trasie Warka – Piaseczno zostały zauważone jego sportowe predyspozycje. W tym okresie zaczęły się regularne treningi lekkoatletyczne i zafascynowanie tężyzną fizyczną i sportami sylwetkowymi. Swoją bazę treningową młodzi mężczyźni mieli pod stadionem, gdzie wykorzystywali swoje pomysły do tworzenia ćwiczeń i przyrządów treningowych. Oczywiście jak u większości wareckich lekkoatletów nie może w tej opowieści zabraknąć trenera Stanisława Kowalskiego, który szlifował takie brylanty jak Janek w istniejącym wówczas klubie Pilica Warka. Znakomite cechy motoryczne i zaangażowanie wpłynęły na szybki rozwój talentu, a jego predyspozycje i wszechstronność sprawiły, że zainteresował się dziesięciobojem i zaczął trenować tą dyscyplinę przez wielu uznawaną za królową sportu.

Janek miał wszystko: szybkość, skoczność, siłę i wytrzymałość, nie dziwią więc jego wyniki, gdzie niezbyt wysoki przecież nasz bohater (175 cm wzrostu) potrafił skoczyć wzwyż 178 cm, a w dal blisko 7 metrów. Różne formy wieloskoków, trójskok, skok o tyczce, biegi przez płotki czy wymyślne ćwiczenia skocznościowe napędzają jego rozwój. Przy tym jest tak uparty, że do upadłego potrafi powtarzać dziesiątki razy jedno ćwiczenie dopóki nie osiągnie celu. Z tego okresu dumny jest ze startów w OKS Otwock, w którym uczestniczył w rozgrywkach krajowej ligi lekkoatletycznej właśnie w dziesięcioboju. Był to czas jego najlepszych indywidualnych wyników.

Ożenił się jak na tamte czasy przystało, w wieku 23 lat. Rodzina, praca odciągnęły go od sportu kwalifikowanego, ale dbania o tężyznę nie zaniechał. Pracował przez długie lata w słynnym wareckim FUMie, gdzie niejednokrotnie zdarzało się mu wykorzystywać godzinną przerwę obiadową (oczywiście potajemnie) na zrobienie szybkiego treningu siłowego, którym był zafascynowany.  Pamięta swoje wyniki – 117 kg w podrzucie, 96 kg w rwaniu przy wadze 75 kg. I jego numer popisowy – kocia zwinność, siła gimnastyczna i oczywiście wymyki. Niech ktoś pokaże dzisiaj kogoś, komu udało się wykonać 23 wymyki pod rząd. Świetnie gra w koszykówkę, startuje w różnych okolicznościowych zawodach sportowych, których w tamtych latach nie brakowało. Potem nastąpiła jakby naturalna  przerwa z aktywnością – rodzina, praca, zatrudnienie we wspomnianym FUMie, potem w Polkolorze w Piasecznie. Lata mijały i w którymś momencie pojawiły się problemy zdrowotne związane z krążeniem. Jan trochę słuchał lekarzy, trochę wypuszczał diagnozy drugim uchem i kombinował po swojemu, ze względu na wrodzoną upartość. Skutecznym lekarstwem na różnego rodzaju dolegliwości staje się sport do którego wraca, aby złagodzić dolegliwości i zapobiec rozwojowi wypadków.

Zaczął biegać, skakać, prawie fruwać. Przytaczając anegdotę: wychodząc z pracy zaczyna biec z teczką, a koledzy śmieją się, że pewnie po to, aby zająć lepsze miejsce w autobusie wiozącym do Warki. Janek tłumaczy to tak: “… zacząłem się ruszać, bo zauważyłem problemy z „ciężkimi nogami” i biegłem z teczką na wcześniejszy przystanek, aby się rozruszać. No i nie powiem – miejsce w autobusie też miałem wtedy siedzące…”

Po latach znowu trafił na trenera Kowalskiego, który namówił go do startów w kategoriach Masters. Rozpoczęły się regularne treningi, czasami dość niekonwencjonalne. Okazało się, że wytrenowany w młodości organizm świetnie wykorzystuje „pamięć mięśniową”. Wróciła niezła forma i wtedy zaczęły  się pierwsze starty w „mastersach”, po których zawodnik zorientował się, że nie jest źle. Zaczyna zatem cięższe treningi dające wymierne efekty na zawodach. Tak zaczęła się „złota era” Jana Sitnika. Medal za medalem, puchar za pucharem, starty z wieloma znanymi sprzed laty sportowcami na Mistrzostwach Polski czy Słowacji. Miejsca na podium w skokach w dal, wzwyż i o tyczce, do tego na krótkich dystansach. Było tego tak dużo, że trudno to opisać szczegółowo. Jak rzekł cytowany wcześniej Jurek „cała taczka medali”.

Przytoczmy kilka ciekawostek aby dobitniej wykazać z jak sprawnym człowiekiem mamy do czynienia. W wieku 60 lat Janek był w stanie przejść na rękach cały kort tenisowy lub pole bramkowe na boisku piłkarskim. W pięcioskoku z miejsca pokonał 15 metrów (średnio po 3 metry każdy skok). Udało mu się, co jest niewiarygodne, doskoczyć nożycami do poprzeczki bramki piłkarskiej umiejscowionej jakieś 240 cm nad ziemią, a po powrocie z treningu biegowego był w stanie wskoczyć na jednej nodze na 4 piętro przeskakując co dwa schodki. Jeśli ktoś uważa, że jest za stary, aby zacząć biegać to podpowiem, że nasz Mistrz przebiegł swój pierwszy maraton w wieku 55 lat I ma ich zaliczonych 15, w tym słynny maraton w Berlinie. Choć jak zaznacza trochę to bieganie źle wpłynęło na jego skoczność…

A co poza sportem? Największa duma to rodzina: żona, troje dzieci. Córki i syn Maciej, który także odziedziczył talent sportowy po ojcu, no i dwoje kochanych wnuków. Oprócz tego jako były ślusarz i tokarz precyzyjny hobbystycznie zbiera i naprawia zegarki – te większe i małe, które codziennie sprawdza i nakręca. Obecnie regularnie biega, startuje w lokalnych imprezach biegowych, gimnastykuje się, a w zeszłym sezonie okresowo wrócił do treningu na niskich płotkach i do poprawy skoczności. Pracuje fizycznie na działce i gospodarstwie. Codziennie dogląda swojego dobytku, tryska humorem i energią. Jeżeli zobaczycie przed sobą kogoś idącego płynnie sprężyście, przypominając marsz młodego, wysportowanego człowieka, to możecie być pewni, że przed wami idzie Janek w swoim specyficznym chodzie skoczka.

Jacek Winiarczyk

Udostępnij:
← Inwestycje w Gminie Warka Długie swetry damskie znów są modne - radzimy, jak wybrać ten najlepszy →

Dodaj komentarz